MARIUSZ WIŚNIEWSKI

Inspektor Wydziału ds. Operacyjno-Prewencyjnych i Bezpieczeństwa, Straż Ochrony Kolei, PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. W PKP pracuje od 2014 roku.
Na służbie udzielił pierwszej pomocy i uratował ludzkie życie.
 
PRACA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Od 2014 roku służę w Komendzie Głównej Straży Ochrony Kolei. Początkowo zajmowałem stanowisko Strażnika na Posterunku SOK. Do moich zadań należała m.in. kontrola przestrzegania przepisów porządkowych na obszarze kolejowym, w pociągach i innych pojazdach kolejowych, a także ochrona życia i zdrowia ludzi oraz mienia.

Obecnie zakres moich obowiązków jest znacznie szerszy. Organizuję działania porządkowe i przeciwkradzieżowe, a także przygotowuję i koordynuję działania w sytuacjach kryzysowych. Współpracuję wówczas z innymi służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo publiczne oraz jednostkami zarządców i przewoźników kolejowych, aby przygotować obszar kolejowy do zadań wynikających z sytuacji kryzysowych. Realizuję również zadania związane z bezpieczeństwem i obronnością państwa.

PASJA

Kiedy byłem mały, mój dziadek dostał ataku serca. W domu byłem tylko ja. Robiłem wszystko, żeby mu pomóc - niestety, dziadek zmarł. Pamiętam, jak bardzo mną to wtedy wstrząsnęło. Wiele lat później znalazłem się w podobnej sytuacji. Jednak dzięki szkoleniom z udzielania pierwszej pomocy, które odbyłem w SOK, potrafiłem szybko i sprawnie zareagować. Pełniłem wówczas służbę na Posterunku SOK, a przed naszym budynkiem zemdlał mężczyzna. Od razu przypomniałem sobie swojego dziadka. Złapałem przenośny defibrylator i niezwłocznie ruszyłem na miejsce.

Starszy mężczyzna leżał na chodniku bez ruchu, a jego skóra przybrała siną barwę. Pomyślałem, że może już być za późno na pomoc, ale niezwłocznie przystąpiłem do akcji ratunkowej. Kobieta, którą zastałem przy poszkodowanym, wyczuwała jego tętno, jednak mężczyzna nie oddychał. Rozcięliśmy mu koszulę i podłączyliśmy elektrody z defibrylatora. Urządzenie jest tak skonstruowane, że po uruchomieniu działa automatycznie. Po chwili dołączył do akcji jeszcze jeden przechodzień. We trójkę przystąpiliśmy do masażu serca i wdechów ratowniczych. Co kilka minut zmienialiśmy się, ponieważ uciskanie klatki piersiowej jest bardzo męczące. Po około 10 minutach nieprzytomny zaczął nierówno, płytko oddychać, otworzył oczy. Nie mogliśmy z nim jednak nawiązać kontaktu.

Krótko po tym, jak udało nam się przywrócić go do życia, przyjechała karetka. Ratownicy od razu zajęli się poszkodowanym. Z minuty na minutę mężczyzna wyglądał coraz lepiej. Aż do odjazdu karetki pomagaliśmy w akcji ratunkowej.

Kilka tygodni wcześniej miałem w pracy szkolenie z użycia defibrylatora. Urządzenie tylko na pierwszy rzut oka wydaje się skomplikowane, jednak po przeszkoleniu potrafiłem z niego skorzystać. Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał go użyć tak szybko.